Siedzę. Piję piwo Jack i słucham la tete plaine de toi - Oete. To był dobry dzień. 30 grudnia. Rano poszłam na springboard, zrobiłam zakupy, wróciłam do domu, poleżałam może z 2 godziny i kontynuowałam z zadaniami: psychiatra, wybieranie farb, reszta zakupów i dom. Jestem fizycznie zmęczona. Żadna to właściwie nowość. Czuję jednak jakiś cień lepszości, tak jakby w tunelu było światło. Przygasłe, nieśmiałe, może lekko poddenerwowane, ale jest. Boję się tak myśleć. Boję się mieć nadzieję. Boję się, że jeżeli pomyślę, że kolejny rok może być lepszy, to coś się wydarzy. Nie wiem czy kiedykolwiek udałoby mi się tego pozbyć na terapii. To jest ta część mnie, która zawsze ze mną była. Jak mój smutek, moja depresyjność, moje wisielcze poczucie humoru. Być może jedną z rzeczy, który przyniósł 2025 jest właśnie to. Zaakceptowanie (pogodzenie?) z tym kim jestem. Nigdy nie będę radosnym promyczkiem. Nigdy nie będę entuzjastyczną, otwartą mną. To nie jest moja natura. Jakie to zabawne. Nie to, że doszłam do takiej realizacji, ale to że w końcu ta realizacja przebiła się przez ten mur wzdechnięć do kogoś kim zupełnie nie jestem. Nadal dorastam. Nadal uczę się siebie. Od zakończenia terapii minęło prawie półtora roku, a ja nadal, kawałek po kawałku, odkrywam siebie. Uczę się siebie i próbuję odnaleźć się w tym swoim bycie. Zabawne.
Do brzegu jednak.
Zapewne mam wiele do napisania, ale brak mi na to sił. Fizycznych, psychicznych, jakichkolwiek. Nie wiem czy to depresja. Nie mogę obwiniać depresji o wszystko. Powinnam zadbać o siebie bardziej. Znaleźć rutynę, znaleźć drogi, które mi pomogą zamiast utrudniać. To też jest nowość z 2025. Dociera do mnie, że nie mogę nazbyt komplikować rzeczy. Nie muszę dążyć do ideału. Nie mogę podążać za ideałami (tymi z internetu, telewizji i innych). Muszę wybrać to, co jest zgodne ze mną, to co mi pomoże. Oczywiście, że głównie myślę teraz o diecie. Naprawdę chcę schudnąć - zejście do 85 będzie sukcesem. Chciałabym więcej, mój nie najzdrowszy mózg chce więcej. Chcę się podobać. Chcę być podziwiana. Jakie to płytkie. A ja przecież brzydzę się płytkością. Może właśnie dlatego odczuwam do siebie niechęć. Jestem tym, kim w swojej głowie nie chcę być.
Ależ to smutne.
Smutne jak moje jestestwo.
Chciałam stworzyć post, w którym podsumuję ten rok. Chciałam stworzyć jakieś miejsce, które nie będzie anonimowe, które nie będzie miejscem w pustym folderze, plikiem, do którego nie zajrzę. Lubiłam blogowanie. Lubiłam tworzenie szablonów, grafik blogowych. Niewiele jest rzeczy, które mnie cieszą, które pozwalają mi na oderwanie się od codzienności. Nie wiem czy to przetrwa, ale chcę spróbować. Chcę próbować i być może w tym próbowaniu odnaleźć jakieś ukojenie, jakąś cząstkę radości i ulgi. Chcę wracać do tych opowieści snutych w lepszych i gorszych momentach. Chcę wrócić tu za rok, przeczytać ten wpis i coś poczuć. Zobaczyć jak kończył się 2025. Brakuje mi tego. Nie chcę nazywać tego porównaniami. Może bardziej zależy mi na wiadomości ode mnie sprzed roku. Kiedyś napisałam list do 30-letniej siebie. Doskonale pamiętam jak go pisałam. List jednak zaginął. Liczę, że kiedyś się odnajdzie. Blog jednak nie powinien zniknąć. Nie tak szybko. Może? Lubię zastanawiać się, co nowego przyniesie mi kolejny rok, co dobrego wniesie w moje życie. To ten cień optymizmu we mnie.
Perfekcyjna część mnie chce zakończyć ten wpis poetycko. Stworzyć puentę, cokolwiek znaczącego. Cokolwiek pięknego. Nie mam na to siły. Jest prawie 22. Jestem obolała, zmęczona i śpiąca. Zrobię więc listę tego, co przyniósł ten rok.
W jakiś sposób myślałam o tym roku jako o ciężkim, trudnym i tym gorszym. Teraz jednak, jadąc dziś w którymś z autobusów, rozważając co dał mi ten rok, pomyślałam, że 2025 nie był tak zly jak go maluję. Nie schudłam, może nawet przytyłam i dlatego go antagonizuję. Waga zawsze stoi na pierwszym miejscu i jak ziemia wokół słońca, tak i ja kręcę się wokół swojej wagi. Fakt jest taki, że przytyłam. Nie lubię tego. Nie lubię tej ciężkości. I to kładzie się cieniem na reszcie.
Smutne. Otwierające oczy. Trudne.
Podsumowując 2025 na rożnych płaszczyznach:
(czuję ogromny niedosyt robiąc to tak, przeklęta perfekcyjności!)
1. Selma. Mój najukochańszy kot. Nie sądziłam, że można darzyć takim uczuciem, tak małe zwierzątko. Mam wrażenie, że dzięki niej uczę się miłości. Był to zakup impulsywny. Nieco to zabawne. Jednak było to najlepsze, co przydarzyło mi się w 2025.
2. Poszłam na tinder randki. Nie wiem, co sądzę o tinderze. Nie uważam, że to miejsce dla mnie. Odważyłam się jednak. Zrobiłam ten przerażający krok. Nadal żyję. Świat nie runął. Nie musiałam ważyć 60kg.
3. 10 dni mieszania u Klary. Mega trudny czas. Nauczyłam się tego i owego o sobie. Był to czas, który wspominam z rozrzewnieniem jak i zmęczeniem. Czuję też może dumę.
4. Mieszkanie. Ten temat jest trudnoopisywalny. Tym bardziej, że to nadal trwa i wszystkie te sprawy są w toku. Nie wiem, co czuję. To takie ambiwalentne uczucie. Glęboko we mnie jest radość, ale strach mi nie pozwala, by ją wyrazić.
5. Depresja. Dała po dupie.
6. Przyjaźnie. Bardzo je doceniam.
7. Szrama z Krety (Samarii).
8. Być może żadna z serii książkowych nie była odkryciem, nie zapadła mi w serce. Nadal jednak czytanie jest dla mnie relaksem, czy to na macie czy nad oceanem/morzem.
9. Słuchałam dużo mniej muzyki. Cenię ciszę. Cenię szum życia.
10. Bylam na weselu.
11. Byłam na przebieranej imprezie.
12. Piłam więcej alkoholu.
13. Tworzę bloga (in progress).
Nie lubię tego, że w momencie, gdy to publikuję, nie mam ładnej szaty graficznej. Tego też się uczę. Nie musi być idealnie. Popracuję nad wyglądem bloga jak znajdę czas i inspirację.